Przejdź do głównej zawartości

Polecane

O powrocie do Polski słów kilka (tych mniej optymistycznych)

Rok temu żegnałam się z angielskim niebem. Piłam ostatnią kawę ze znajomymi w Pret A Manger. Odwiedzałam zachłannie ulubione miejsca. Pakowałam się i czekałam na lepszy czas w nowym domu - w Polsce.
To był dziwny rok. Nie gorszy ani nie lepszy niż poprzednie. Będąc jeszcze w UK, wyobrażałam sobie życie w Polsce, jako jedne wielkie wakacje. Rzeczywistość, jak zwykle, okazała się inna. Szczerze mówiąc, większość czasu upłyneła nam na chorobach, pobytach w szpitalach, kwarantannach. Od marca praktycznie jesteśmy więźniami swojego domu. Mało zwiedzaliśmy, niewiele mieliśmy okazji na całkowity luz. Ten rok był dla nas wielkim wyzwaniem i nie wszystko przebiegało, tak jak sobie to zaplanowaliśmy. W tym artykule chciałbym skupić się na tych negatywnych zmianach, które nastąpiły w naszym życiu. Nie myślcie jednak, że żałuję powrotu do ojczyzny. Jest wręcz przeciwnie. Pokochałam życie w Polsce od nowa. Jednak ta miłość jest dojrzalsza, bardziej świadoma. Mimo, że już nie zamieniłabym życia w Po…

Zaraziłam się koronawirusem. Mój świat się załamał.

 



    Koronawirus, COVID-19, SARS-COV-2. Dobrze znane nam wszystkim słowa. Nawet laik w dziedzinie medycyny wie co oznaczają. Obostrzenia, kwarantanny, nakazy, zakazy. W większym lub w mniejszym stopniu każdy z nas stał się świadkiem, obserwatorem a może i uczestnikiem otaczającej nas zmiany. Nie będę wnikać czym jest Koronawirus oraz jakie są jego objawy. Dziś chcę się z wami podzielić czym dla mnie stał sie COVID-19. Bo to nie tylko choroba, która mnie dotknęła. To również strach, obawy, samotność. To synonim odizolowania, zmiany mojego życia, mojej postawy, mnie samej. Mój świat już nigdy nie będzie taki sam jak przed pandemią... 

 Informację o pojawianiu się nowego wirusa w naszym dotychczasowym, bezpiecznym świecie przyjęłam dość neutralnie. Dostosowywałam się do obowiązujących obostrzeń, ale patrzyłam na sytuację bardziej z perspektywy widza niż uczestnika. Dopóki w moim mieście nie było wirusa nie przywiązywałam aż tak wielkiej wagi do niebezpieczeństwa. Wraz ze wzrastającą ilością zarażeń moja czujność została wzmożona. Nie należałam do grupy, która ze strachu bała się wyjść z domu i unikała jakiegokolwiek kontaktu z rasą ludzką, ale również nie ignorowałam zaleceń rządowych. Nosiłam ochronną maseczkę i zakładałam rękawiczki. Unikałam wycieczek do supermarketów czy galerii handlowych, ale nie ukrywam, że zdarzyło mi się kilka razy wybrać w jedno czy w drugie miejsce. Codziennie również jeździłam na rowerze. Tak naprawdę w żaden sposób nie bałam się o siebie, lecz bardziej o dzieci i osoby starsze w mojej rodzinie. Szczerze mówiąc, jak bardzo bym nie była zachowawcza, to jednak istniało we mnie przekonanie, że to, co złe spotyka innych, nie mnie osobiście. I jeszcze jedno – większości z nas wydaje się, że możemy się zarazić wirusem w sklepie, na ulicy, w rozmowie z przechodniem, czyli od kogoś z zewnątrz, od kogoś nam obcego. Nie bierzemy pod uwagę, że nosicielem wirusa może być nasz mąż, nasze dziecko, nasza mama czy nasza przyjaciółka. W rozmowach w szpitalu z pacjentami zauważyłam, że większość osób wiedziała od kogo i gdzie się zaraziła. Na niedzielnym obiedzie u rodziców, na kawie z przyjaciółką, na piwie z kumplem oraz z oczywistych względów od domowników. Mój przypadek nie był odosobniony. Zaraziłam się od członka rodziny. 5 minut kontaktu wystarczyło. W sumie niemal 20 osób z rodziny zarażonych zostało po kontakcie z jedną osobą. Ja sama zaraziłam męża i synków...

 Co poczułam, gdy dowiedziałam się, że jestem nosicielką Koronawirusa? Wielki strach, bezradność, obawę o zdrowie i życie moje i moich najbliższych. Nie wiedziałam co mnie czeka, jakie zostaną podjęte działania przez Sanepid. Jak na to wszystko zareagują osoby z mojego otoczenia? Czy nie zostanę potępiona, odtrącona? Pojawiły się strach i obawy-czy nie zaraziłam może innych ludzi — kogoś starszego, chorego, kogoś z podwyższonej grupy ryzyka. Godzinami analizowałam każdy mój krok z ostatnich kilku dni. Każde kichnięcie, każdy kaszel, każde ziewnięcie. Bałam się, że mogę przyczynić się do śmierci drugiego człowieka. Że mogę być przyczyną czyjegoś bólu, przyczyną czyjegoś ostatniego oddechu. Przede wszystkim bałam się o moje dzieci. O moje kruszynki, bezbronne, bezradne, które potrzebują opieki, które nie zdają sobie nawet sprawy z niebezpieczeństwa. Które nie wiedzą o niewidzialnym wrogu, który może ich zaatakować i który czai się tuż obok. 

Pierwsze testy mojego męża i dzieci okazały się negatywne, a więc pozostali w domu na kwrantannie. Ja zostałam przyjęta na oddział w Centrum Medycznym. Pierwsze dni pamiętam jak przez mgłę. Jedyne co czułam to strach, ból i niedowierzanie, że to właśnie spotkało nas. W każdy nowy dzień przychodziły wiadomości o kolejnej zarażonej osobie w rodzinie. Wirus nie oszczędził nikogo, jak się z czasem okazało również i moich najbliższych. Ogólnie rzecz biorąc, nie czułam się źle. Najgorsze objawy, które przypominały typową grypę, pojawiły sie podczas mojego pobytu w domu. W szpitalu odczuwałam bardziej dolegliwości ze strony emocjonalnej niż fizycznej. Po kilku dniach pobytu w szpitalu mój mąż i dzieci zaczęli się czuć źle. Gorączka, osłabienie, kaszel, problemy ze wzrokiem. Dni, w których czekali na wyniki testów, były dla mnie jak katusze. Tak strasznie się bałam. Mój mąż musiał być odizolowany od rodziców i innych członków rodziny. Nagle został sam z dwójką malutkich dzieci. Wszystkie obowiązki domowe i opieka nad dziećmi została w jego rękach. A sam był chory. Dodatkowo dzieci miały gorączkę. Nigdy w życiu nie zapomnę o jego odwadze w tym czasie. To on mnie pocieszał i podtrzymywał na duchu. Ja czułam się bezradna, ponieważ w żaden sposób nie mogłam im pomóc. Wyniki męża i dzieci tym razem okazały się pozytywne. Na następny dzień opuściłam szpital i dołączyłam do nich. Na szczęście po kilku dniach wszystkie objawy zniknęły. Koronawirus u dzieci zakończył się tylko na podwyższonej temperaturze. My z mężem jeszcze kilka dni czuliśmy się osłabieni, ale powoli wracamy do zdrowia. 

 W momencie pisania tego artykułu jesteśmy na kwarantannie domowej. Po dwóch miesiącach od zarażenia nadal mam pozytywny wynik. Jestem wciąż nosicielką Koronawirusa. Za parę dni czekają nas kolejne testy i może uda nam się wrócić do rzeczywistości. Od kiedy wyszłam ze szpitala, nie miałam kontaktu z nikim poza domownikami. Od dwóch miesiący nie wyszłam na spacer, nie byłam w żadnym sklepie. Nie spotkałam się ze znajomymi i krewnymi. Nie miałam możliwości pojeździć na rowerze. Nie mogłam odbyć zaplanowanych spotkań. Musiałam zrezygnować ze swoich pasji i zobowiązań. Mój świat zatrzymał się w czterech ścianach domu. I choć spędzam ten czas z dziećmi i mężem to jest nam bardzo ciężko. Ograniczona przestrzeń nie służy roczniakowi i trzylatkowi. Brak kontaktu z innymi ludźmi, izolacja, sprawia, że stajemy się otępieni. Każdy dzień zlewa się z drugim. Już nie patrzę na kalendarz, nie liczę dni. Porobiłam porządki, zasadziłam kwiatki, załatwiłam wszystkie zaległe sprawy i pozostało jedynie czekanie. Czekanie na wyjście do parku z moimi chłopcami, na spacer wzdłuż Sanu, na zaczerpnięcie świeżego powietrza. Na zapatrzenie się w zachodzące słońce.

 Wirus zmienił moje życie. Nie czuję się bezpiecznie. Boję się o moje dzieci. Zrozumiałam, że wszystko jest takie kruche, ulotne. I nic nam się na tej planecie nie należy. Ten świat nie należy do nas. Jesteśmy tu tylko gośćmi. Nie wiem, czy będę umiała cieszyć się wolnością, gdy skończy się nasza kwarantanna. Bo cóż to za wolność, kiedy wszędzie czai się niewidzialny wróg? Czy uda mi się spotkać jeszcze z przyjaciółką bez strachu, że być może jest zarażona i jeszcze o tym nie wie? Bo przecież nasze przeciwciała prędzej czy później zanikną. Czy uda mi się bez strachu pójść z dziećmi na plac zabaw? Zabrać ich do kawiarni na lody? Czy uda mi się jeszcze cieszyć każdą beztroską chwilą nie patrząc wstecz? Wirus wcale nie był groźny. Przeszłam go bardzo łagodnie, zresztą tak samo, jak inni członkowie mojej rodziny. Nikt nie umarł, nikt nie miał większych problemów zdrowotnych. Wirus zaatakował jednak nasz dusze. Zostało zrujnowane nasze poczucie bezpieczeństwa, nasza wiara w nieśmiertelność. Pojawił się strach o bliskich, bezradność, poczucie przegranej. I najgorsze w tym wszystkim jest, że nie zdając sobie z tego sprawy, możemy być nosicielami. Możemy kogoś zarazić, zniszczyć komuś życie, przyczynić się do czyjeś choroby. Bo wirus to nie tylko kilka dni złego samopoczucia. Wirus to tygodniowa izolacja od innych, od życia jakie wiedliśmy dotychczas. Od naszych pasji, od tego, co nas trzyma w przeżyciu. Od naszej codzienności. 

Bądźmy ostrożni. Nie bójmy się chronić siebie i swoich bliskich... 

 

 

Jeżeli spodobał Ci się mój tekst zapraszam do przeczytania innych. Zachęcam również do pozostawienia śladu w postaci komentarza lub polubienia mojego Fan Page na Facebook. Pisanie artykułów zajmuje mi sporo czasu. Pokażcie się, żebym wiedziała, że jesteście ze mną! :)

Pozdrawiam serdecznie

                                                          Emigrantka na zachodzie

  

Photo by Kate Trifo on Unsplash

 

Komentarze

Popularne posty