Przejdź do głównej zawartości

Polecane

POLAK ZA GRANICĄ - NIE TAKI STRASZNY, JAK GO MALUJĄ. OBALAM MITY DOTYCZĄCE EMIGRANTÓW.

Steotypy istnieją w codziennym życiu od zarania dziejów. Dotykają różnych grup etnicznych, religijnych czy społecznych. Stereotypy nie ominęły również polaków mieszkających za granicą. Czy czuję się z tego powodu źle, że w pewien sposób jestem oceniana przez pryzmat innych polaków? Czy mam jakieś kompleksy? Oczywiście, że NIE! Co nie zmienia faktu, że warto dementować wszelkie nieprawdziwe informacje ;) A oto najczęściej pojawiające się stereotypy dotyczące polaków mieszkających na emigracji.
1. Polak w Anglii najczęściej pracuje na zmywaku.
Jest to chyba najczęściej powtarzany mit. Być może, kilkanaście lat temu, gdy Wielka Brytania dopiero otworzyła swój rynek pracy dla Polaków, taka sytuacja miała miejsce. Nie wiem. Wyjechałam w 2009 roku i już wtedy większość rodaków, których poznałam, pracowało na wyższym stanowisku. Obecnie niemal w każdym banku, w urzędzie publicznym pracują Polacy. W restauracjach, kawiarniach zazwyczaj jedna z osób w Management Team pochodzi z Polski. Nasi rodacy…

PORÓD W UK? CZEMU NIE?!

 
    Poród jest jednym z ważniejszych, jak nie najważniejszym, momentem w życiu każdej kobiety (mężczyzny pewnie też).
    Nieważne czy kobieta rodzi naturalnie, czy przez cesarskie cięcie, niesie ze sobą  niewyobrażalną dozę przeżyć, uczuć, emocji. Warto rozeznać się w tematyce porodu, jego przebiegu, tak by choć w małym stopniu być przygotowanym na to, co nas czeka. Niepodważalnym faktem jest, że nigdy nie można się do niego przygotować na 100%. Trudno przewidzieć jego przebieg, skalę bólu. Tak jak każda ciąża jest inna, tak i poród może przybrać tysiąc różnych scenariuszów. Poród w obcym kraju wydaje się tym bardziej przerażający, przede wszystkim przez wiele niewiadomych, wątpliwości i pytań, które nie są rozstrzygnięte.
Dzisiaj chciałabym się podzielić z wami moimi doświadczeniami. Zaznaczam jednak, że oczywiście wiele może się różnić w zależności od szpitala czy hrabstwa, w którym mieszkacie. Pragnę abyście miały choć minimalny obraz tego, co może was czekać, może nie popełnicie moich błędów :)
Datę porodu miałam wyznaczoną na 26 sierpnia. W związku z tym, że zarówno moja mama, jak i siostra urodziły dzieci przed terminem, ja byłam przygotowana niemal w 90%, że mój poród również rozpocznie się przed planowaną datą. Termin jednak minął i kompletnie żadnych oznak zbliżającego się porodu nie miałam. Mijały dni i nic się nie działo. Jak na złość lato w UK było upalne, napuchłam jak gumowy słonik, w nocy nie mogłam spać, dnie były nie do zniesienia. Tradycyjnie w UK dwa tygodnie po planowanym terminem kieruje się ciężarną na tzw"wywołanie". W praktyce wygląda to tak, że położna na ostatnim spotkaniu wskazuję datę wywołania. W dzień "W" dzwoni się do szpitala i informuje o tym, że wybierasz się na oddział. Ja osobiście nie doczekałam do dnia wywołania, gdyż w szpitalu znalazłam się wcześniej.
Wywołanie miałam zaplanowane na czwartek. W poniedziałek zaczęły się u mnie skurcze. Na początku były dość łagodne, na tyle, że byłam w stanie ugotować obiad i posprzątać mieszkanie. Skurcze przypominały w moim przypadku bóle miesiączkowe. Z czasem jednak były coraz bardziej intensywne. Mierzyłam częstotliwość skurczy specjalną aplikacją. Skurcze były coraz bardziej bolesne jednak wciąż bardzo nieregularne. We wtorek rano zadzwoniłam do szpitala, mając nadzieję, że będę mogła pojechać na oddział. Niestety tak się nie stało. Dostałam zalecenie, by zostać w domu, wziąć kąpiel i odpoczywać. Skurcze powoli stawały się nie do wytrzymania. W środę rano ponownie zadzwoniłam do szpitala i również tym razem dostałam zalecenie żeby zostać w domu. Ból był już na tyle mocny, że nie mogłam już normalnie funkcjonować. Najgorsza jednak w moim przypadku była niepewność. Z jednej strony skurcze były bardzo bolesne, z drugiej jednak strony były wciąż nieregularne. Wszystko wskazywało na to, że są to skurcze przepowiadające, jednak wciąż świeciła mi się w głowie czerwona lampka. Skurcze przepowiadające podobno przychodzą i po jakimś czasie zanikają. U mnie wyglądało to troszkę inaczej, gdyż trwały nieprzerwanie kilka dni. Najgorszy dla mnie był brak jakiegokolwiek wsparcia. Podobno kobieta ma wyczucie intuicyjne i wie, kiedy poród się zaczyna. U mnie chyba zadziałała intuicja i się jej poddałam. Pomimo iż znów dostałam instrukcję ze szpitala bym została w domu, wzięła kąpiel itp. ja trochę oszukałam system. Po telefonie na oddział położniczy zadzwoniłam na oddział MAC kłamiąc, że nie czuję ruchów dziecka. Wiedziałam, że jedynie w ten sposób będę w stanie dostać się do szpitala by zrobili mi KTG. W kolejce czekałam ponad 3 godziny. Płakałam z bólu. W końcu zrobili mi KTG i poprosiłam położną, aby sprawdziła mi rozwarcie. Poproszono mnie, abym została już w szpitalu. Chciałabym tutaj zaznaczyć, że czasem warto dmuchać na zimno. Gdybym słuchała instrukcji telefonicznej nie zostałabym przyjęta na oddział. Jak widać nie każdy poród przebiega standardowo. W moim przypadku skurcze były nieregularne aż do samego porodu, co raczej często się nie zdarza.
Po przyjęciu na oddział zaprowadzono mnie do pokoju, gdzie mogłam być z mężem. Skurcze miałam tak bolesne, że oczywiście nie było mowy o jakimkolwiek śnie. Ból był tak silny, że nie byłam w stanie  nawet położyć się na łóżku. Prosiłam 3 razy o środki przeciwbólowe, jednak ani razu ich nie dostałam. W końcu nad ranem przyszła do mnie położna, która dała mi ustnik i zaleciła używać gazu. Sprawdziła mi również rozwarcie, zrobiła masaż szyjki macicy. Co do masażu, jest możliwość, aby położna zrobiła go podczas rutynowego spotkania w czasie trwania ciąży. Ja odmówiłam, ponieważ nie miałam zaufania do swojej położnej i nie byłam pewna czy nie zrobi mi krzywdy ;). Ogólnie masaż szyjki macicy był strasznie bolesny przypadku i w nastepnej ciąży prawdopodobnie nie wyrażę na niego zgody.
Podczas badania nagle spadło tętno mojego synka. Położna wcisnęła przycisk emergency i w ciągu kilku sekund pojawiło się kilku lekarzy. Przygotowano mnie do cesarki, podłączono aparaturę mierząca tętno dziecka do jego główki. Jednak na szczescie wszystko było dobrze. Przewieziono mnie do dużo większego pokoju, założono tysiące rurek na moich rękach. Od momentu przeniesienia mnie do innej sali byłam non stop obserwowana. Co 5 minut specjalne urządzenie mierzyło mi ciśnienie, byłam również podłączona do KTG. Razem ze mną w pokoju była bez przerwy jedna z położnych. Naprawdę czułam, że zaopiekowano się mną w dobry sposób. Położna była miła i kompetentna, odpowiadała na wszystkie moje pytania. Niestety pomimo tego, że moje bóle były dla mnie prawie nie do zniesienia rozwarcie nie postępowało. Po południu zdecydowano, że będę miała wywoływany poród. Podano mi kroplówkę oraz znieczulenie epidural.
Pacjentka musi wyrazić zgodę na znieczulenie oraz sama go sobie dawkuje. W praktyce wygląda to tak, że kilku anestezjologów podaje znieczulenie w plecy. Nie jest to ani miłe, ani spokojne przeżycie. Podczas wstrzykiwania epiduralu nie można się ruszać, jednak przy mocnych skurczach jest to cholernie trudne.
Po wstrzyknięciu epiduralu nastapił u mnie błogi etap odpoczynku. Nie czułam kompletnie skurczów, w związku z czym w końcu mogłam na spokojnie zamknąć oczy i zasnąć. Rozwarcie doszło do 10 cm, lekarz zarządził, że jeszcze dwie godziny zaczekamy z porodem, tak aby dzidziuś miał okazje się jeszcze obniżyć. Dokładnie o umówionej godzinie przyszła położna i pozwoliła mi przeć. Byłam trochę zniesmaczona faktem, że pomimo wcześniejszych komplikacji poród będzie przyjmować tylko jedna osoba. Uznałam jednak, że nie będę się wykłócać, gdyż chciałam mieć już wszystko  jak najszybciej za sobą i w końcu wziąść mojego synka w ramiona. Po mniej więcej pięciu minutach od rozpoczęcia porodu położna nagle użyła emergency button. Po kilku sekundach sala wypełniła się położnymi i lekarzami. Nie zostałam poinformowana co właściwie się stało. Lekarz próbował wyciągnąć synka kleszczami jednak po raz kolejny raz tętno mojego synka spadło. Podjęto decyzję o cesarskim cięciu. Przewieziono mnie do sali, gdzie zostałam całkowicie uśpiona. Nie wpuszczono do sali mojego męża, który do tego momentu był cały czas ze mną. Obudziłam się kilka godzin później, synek był już karmiony przez mojego męża, cały i zdrowy :). Przewieziono mnie na inny oddział, gdzie leżały kobiety z dzidziusiami po porodzie.
Gdy doszłam już całkowicie do siebie było dość późno, mój mąż niestety musiał mnie opuścić. Położna zapytała się, czy chcę, żeby zabierali synka na karmienia, na co ja się zgodziłam. Byłam totalnie zmasakrowana, nie byłam w stanie się ruszyć więc nie wyobrażałam sobie, abym mogła karmić małego podczas nocy. Zapytano się mnie jakim mlekiem mają go karmić, za co byłam bardzo wdzięczna. Z tego, co wiem, to noworodek nie jest karmiony butelką a jedynie takim specjalnym pojemniczkiem, tak aby dziecko się nie przyzwyczaiło do smoczka. Wiem, że dziecko powinno być przystawione od razu do piersi, przed porodem byłam do tego przygotowana i nie wyobrażałam sobie, że będzie inaczej, jednakże jak zwykle rzeczywistość troszkę się różni od naszych wyobrażeń. Fizycznie nie byłam w stanie się ruszyć więc nie mam pojęcia, w jaki sposób mogłabym karmić małego. Jak tylko obudziłam się rano to od razu przystawiłam maluszka do piersi, w czym pomogła mi salowa. Do domu wyszłam po trzech dniach.
  Podsumowując, mój poród nie należał do najłatwiejszych i najszybszych. Do ostatniej chwili moje skurcze były bardzo nieregularne, co odbiegało w pewien sposób od normy. W moim przypadku do końca próbowano, abym mogła urodzić naturalnie, za co jestem wdzięczna. Z drugiej strony, gdyby wzięto mnie na salę operacyjną, gdy po raz pierwszy tętno dziecka spadło obeszłoby się w moim przypadku bez kolejnych kilku godzin w bólu i bez epiduralu, którego skutki czuję do dnia dzisiejszego. Cesarkę zrobiono mi, gdy już życie mojego maleństwa było zagrożone.
Po porodzie otrzymałam opiekę i wsparcie, które potrzebowałam. Odpowiedziano na wszystkie moje pytania, dostałam pomoc, zawsze, kiedy o nią prosiłam. Naprawdę jakość opieki w szpitalach angielskich jest na wysokim poziomie i w żaden sposób nie czułam się źle w związku z tym, że nie jestem u siebie. A wręcz przeciwnie.
Po porodzie, kiedy jesteśmy całkowicie rozbite emocjonalnie i fizycznie pomoc, miłe słowo, szczery uśmiech personelu jest jak najlepsze lekarstwo.
Opiszcie drogie mamy swoją przygodę życia w angielskich szpitalach. A może któraś z was rodziła zarówno w Polsce, jak i w Anglii? Podzielcie się z nami swoimi opowieściami w komentarzach. 

Jeżeli uważasz, że mój artykuł był pomocny zapraszam do przeczytania innych.
Na przykład tego: http://www.emigrantkanazachodzie.pl/2017/12/iv-trymestr-ciazy-poog-w-uk.html

Będę również wdzięczna za wszelkie komentarze.

Nie zapomnij odwiedzić mnie na facebooku :)
https://www.facebook.com/Emigrantka-na-zachodzie-155562471834183/


Komentarze

Popularne posty