Przejdź do głównej zawartości

Polecane

URLOP W POLSCE? NIEEE... DZIĘKUJĘ!

W Wielkiej Brytanii mieszkam od siedmiu lat. I od siedmiu lat tęsknię nieprzerwanie za Polską. Od siedmiu lat każdy dzień urlopu spędzam w Polsce. I od siedmiu lat zawsze, kiedy wracam z powrotem do UK mam dość Polski. Ciesze się, że dzieli nas tysiące kilometrów.

Zacznę od początku. Cholernie brakuje mi rodziny, jedzenia, polskiego powietrza. Właściwie wszystkiego co polskie. W związku z tym zawsze z niecierpliwością czekam na upragniony urlop. I nieważne, jaka jest pora roku. I nieważne, na jakim etapie życia jestem. Zawsze pełna szczęścia i radości wsiadam w samolot. Cieszę się jak małe dziecko, że znów poczuję się jak u siebie w domu.

No i jestem. Pogoda zawsze lepsza niż w UK. I tak jakoś lżej na duszy.
Pierwsze trzy dni upływają bardzo, ale to bardzo miło. Spotkania z rodziną, wypad do restauracji, spacer nad rzeką. Pierożki podane przez teściową smakują wyśmienicie. Gołąbeczki z sosem pomidorowym u babci również. I grill ze znajomymi. Wszyscy zadowoleni, uśmiechnięci. Każdy ma na …

ZAWSZE TRZEBA ZACZĄĆ OD POCZĄTKU...


Podobno początki zawsze są trudne.
W przypadku emigracji te słowa są niezwykle trafne. W pierwszych dniach emigracji towarzyszy nam poczucie obcości, pustki i tęsknoty. Są oczywiście osoby, dla których wiążą się one z radością, nadzieją na lepszy start i otwartością na nowe wyzwania.
  Dla mnie pierwsze dni w Anglii były bardzo ciężkie. Niejedną noc przepłakałam, zastanawiając się, czy podjęłam dobrą decyzję. Wiem, że miałam możliwość powrotu do kraju, nie skorzystałam jednak z niej. Nie chciałam przyznać się do osobistej porażki.
W listopadzie 2012 roku po skończeniu studiów, z dwoma dyplomami (oczywiście przetłumaczonymi na język angielski, ojj głupia ja) wyruszyłam do Anglii. Dlaczego? Ano dlatego, żeby dorobić sobie na lepszy start.
Pierwsze dni w Anglii spędziłam na poznawaniu okolic, zwiedzaniu tanich sklepów i użalaniu się nad samą sobą.
Często- gęsto nasze wyobrażenia mijają się z otaczającą nas rzeczywistością.
Gdy wsiadałam do samolotu wyobrażałam sobie świetlaną przyszłość, wielkie możliwości a zostałam wyobcowanie i wszechobecne poczucie poniżenia.
Skończyłam w Polsce dwa kierunki humanistyczne. Do nauki się bardzo przykładałam, niestety pomijałam naukę języka angielskiego. Wiem, wiem, że to podstawa i w dzisiejszych czasach już dwulatków, zanim nauczą się języka polskiego, naucza się języka angielskiego, niemieckiego lub chińskiego.
Ja nie miałam takich możliwości, wychowując się bez rodziców nauczyłam się podejmować decyzje sama za siebie. Nikt nie wytyczał mi „dobrych ścieżek” i nikt nie tłumaczył co się w życiu liczy. Zawsze uwielbiałam literaturę i tej dziedzinie poświęcałam swój wolny czas. Poza tym, przy studiowanie dwóch kierunków równocześnie i walce o stypendia naukowe, tak by móc je kontynuować, ciężko było skupić się na dziedzinach, które mogą, a nie muszą przydać się w życiu. Poza tym stałe kolokwia, zaliczenia, egzaminy nie pozostawiały mi wiele czasu na wkuwanie nielubianych słówek. W tym momencie pewnie wydaje Ci się, że w jakiś sposób próbuje się usprawiedliwiać, tłumaczyć z tak mało racjonalnej decyzji, jak zaniechanie nauki języka obcego. Robię to tylko dlatego, że w wielu rozmowach oskarża się polskich emigrantów o to, że wyjeżdżają do UK czy innego kraju bez większego przygotowania. Niestety tak to właśnie działa. Fakt, prawdopodobnie, gdybym wiedziała kilka lat wstecz, że zostanę emigrantką i wyląduje na angielskiej ziemi, poświeciłabym więcej uwagi i chęci językom obcym. Niektórzy polacy są w pewnym sensie ignorantami i po wielu latach za granicą wciąż nie potrafią załatwić sprawy w banku w obcym języku. Część jednak po prostu nie planowała wyjazdu za granicę latami. Taką decyzję podejmuje się kilka miesięcy wstecz lub nawet kilka dni. Mój mąż na podjęcie decyzji o wyjeździe miał dokładnie jeden dzień. W poniedziałek dowiedział się, że czeka na niego praca a w środę siedział w samolocie z kanapką w torbie. Są oczywiście osoby, które przyjeżdżają do Anglii z biegłą znajomością języka angielskiego i od pierwszego dnia zdobywają londyński rynek pracy. Ja jednak takiej osoby nigdy nie miałam okazji poznać.
Bariera językowa staje się naszym wrogiem w odkrywaniu nowych miejsc. Zderzenie z życiem codziennym, gdzie porozumiewanie się jest jedną z podstawowych potrzeb, niestety często staje się dla nas wielką traumą. Zadziwiające jest to, że będąc w Anglii podczas wakacji, kompletnie nie przywiązywałam uwagi do tego, że nie znam angielskiego. Dopiero gdy uświadomiłam sobie, że biorę udział w codziennym życiu dotarło do mnie, że muszę jak najszybciej nauczyć się języka. Znajomość języka jest niezbędna do tego, by pójść do apteki, gdy nagle złapie nas choróbsko, by zrobić zakupy i po prostu zapytać pracownika sklepu o baterie, których potrzebujemy, zamiast spędzić 3 godziny, przeszukując wzrokiem każdą półkę w supermarkecie. Zakupy bez znajomości języka była dla mnie na początku wielkim wyzwaniem, głównie za sprawą nazw produktów. Każdy z nas wie jak wygląda chleb, woda czy herbata. Wie, jak jest cukier, mleko czy jabłko po angielsku. Większość marek produktów są powtarzalne w Polsce i w Wielkiej Brytanii. Problem pojawia się, kiedy chcesz kupić mąkę i na półce leży 15 różnych mąk a ty nie masz pojęcia która, do czego się nadaje, albo kiedy chcesz kupić sok pomarańczowy a zamiast tego kupujesz syrop do rozcieńczania z wodą (przysięgam wyglądają identycznie!). Często zdarzało mi się, że sprzedawczyni w supermarkecie rozpoczynała nic nie znaczącą pogawędkę W sytuacji, gdy ich nie rozumiałam po prostu czułam się zażenowana. To jest chyba właśnie największa niedogodność bariery językowej. Problemem nie jest samo funkcjonowanie w kraju, w którym się nie zna się języka obowiązującego. Bo przecież zawsze można poprosić kolegę by poszedł z nami do lekarza lub na zakupy. Jednak najciężej jest w sytuacjach codziennych, gdy miła starsza pani w autobusie chce z tobą poprowadzić pogawędkę na temat pogody lub ktoś zapyta cię o godzinę lub o drogę na ulicy a ty najzupełniej w świecie nie wiesz co odpowiedzieć. Czujesz po prostu poniżenie i wstyd, i ten wstyd mobilizuje Cię do nauki.
Bariera językowa jest na tyle uporczywa na początku przyjazdu, gdyż aby zacząć pracę musisz posiadać konto w banku oraz uzyskać NIN (National Insurance Number). Zakładanie konta w banku jest dość szybkie i sprawnie. Zawsze można kogoś wziąć ze sobą, kto pomoże Ci w zrozumieniu. Wiele oddziałów banków posiada również pracowników mówiących w języku polskim, słowackim lub czeskim co może być również dużym ułatwieniem. Aby uzyskać NIN należy najpierw telefonicznie umówić się na spotkanie. Pamiętam, że telefon ten kosztował mnie wiele stresu. Wprawdzie miałam zanotowane słowo w słowo co powinnam powiedzieć, ale bałam się jakichkolwiek pytać. Jakoś jednak to przetrwałam, bo jak to się mówi, Nie ma tego złego co by na dobre nie wyszło.
Obok bariery językowej, która wywołuje w nas poczucie bezradności i„głupkowatości” (jaka ja jestem głupia), pojawia się również poczucie wyobcowania.Na początku mojego pobytu w Anglii, każdy osobnik cery innej niż białej był dla mnie podejrzany, ale na szczęście przeszło mi to z czasem.
Brzydota miasta, padający w kółko deszcz i brak znajomych twarzy na ulicach wywołuje w nas uczucie wyobcowania. Nie znamy otaczających nas rzeczywistości czy panujących zwyczajów. A ta inność zwyczajów również daje się nas we znaki na początku naszego pobytu. W momentach, gdzie otaczająca cię przestrzeń jest Ci obca, twarze ludzi na ulicach są Ci obce, zwyczaje panujące w codziennych sytuacjach są Ci obce i nawet moda na ulicy jest Ci obca czujesz się wyobcowana. Czujesz, że nie pasujesz do tego miejsca. Nie rozumiesz go, a przez to staje ci się wrogi i nieprzyjacielski. Masz ochotę zamknąć się w swoim znanym, dotychczasowym świecie i nigdy więcej go nie opuszczać.
Na szczęście to uczucie wyobcowania po pewnym czasie zanika i uświadamiasz sobie, że teraz Ty jesteś częścią tego nowego, dotąd obcego dla Ciebie świata, stanowisz jego nierozerwalną cząstkę i żyjesz z nim w symbiozie. Lecz, żeby do tego doszło potrzeba czasu, dużo czasu i nawet po tym czasie czasami czujesz się obco, nieswojo.
Wyobraź sobie, że czasami sny prowadzą cię do nieznanych Ci miejsc, czasami pięknych, bajecznych, czasami strasznych i upiornych. Nieważne gdzie w tych snach jesteś, ważne, że towarzyszy Ci swojego rodzaju pustka. I właśnie ta pustkę czuje emigrant w pierwszych dniach pobytu na obcej ziemi. Obce miejsce zawsze wywołuje to samo uczucie, szczególnie gdy nie jesteś pewny co Cię czeka tuż za rogiem. Chcesz kupić świeże bułki na śniadanie i dowiadujesz się, że w całym mieście nie ma ani jednej piekarni. Chcesz zjeść loda i okazuje się, że nie ma w mieście ani jednej lodziarni. Wszystko to, co od zawsze było dla Ciebie oczywiste nagle oczywistym być przestaje. Nagle stajesz twarzą w twarz z obcą Ci rzeczywistością. Może Cię ona fascynować, ciekawić, lub tak jak w moim przypadku przerażać. Przeraża Cię to inność ludzi, ta inność rzeczywistości. Nic już nie jest takim, jakim się wydawało. Pewne sytuację wprawiają Cię w stan zachwytu np. wszechobecna uprzejmość, a pewne doprowadzają do szwedzkiej pasji np. spokojne stanie w swojej kolejce. Jesteś zauroczona nowymi zapachami, widokiem dotąd nieznanych ci owoców, lecz równocześnie nie możesz zrozumieć, dlaczego nie możesz tutaj kupić białego sera. Do tego wszystkiego dochodzi poczucie niższości. Skoro wszystko wokół ciebie jest Ci obce, to automatycznie Ty czujesz się wyobcowana. Od poczucia wyobcowania do poczucia niższości jest już tylko mały krok. Myślisz, że ten mur, który pojawia się pomiędzy tobą a przechodniami jest spowodowany twoimi brakami w wykształceniu lub co gorsze w wychowaniu. Zaczynasz wyrzucać sobie, że twoje życie powinno przebiegać w całkiem inny sposób. Powinieneś więcej podróżować, poznawać obce języki. Tak, tak. Powinieneś, powinieneś...ale tego nie zrobiłeś. Najgorsze co w takiej sytuacji możesz zrobić to umartwiać się i wpadać w panikę. Nie popełniaj mojego błędu. Zamiast zamartwiać się tym, co będzie jutro, korzystaj z dnia dzisiejszego. Poznawaj nowe miejsca, obyczaje. Ucz się z nich, korzystaj. Nie traktuj ich jako porażkę swojego dotychczasowego życia, lecz jako drzwi, które otwierają przed tobą nowe możliwości. Nie podchodź do nich z kompleksami, a z nadzieją. Ciesz się tym, że masz możliwość nowego życia, wbrew pozorom lepszego życia. Na forach internetowych aż huczy od opinii, że tylko tchórze opuścili kraj, porzucili swoją ojczyznę. A ja Ci powiem, że jest wręcz przeciwnie. Tchórz nigdy nie opuści rodzinnego domu, choćby nie wiadomo jaką biedę klepał. Tchórz nie kupi biletu w jedną stronę, nie wiedząc co go czeka w obcym kraju. Tchórz nie przezwycięży poczucia samotności, wyobcowania i nie przemieni ich w nadzieję. Tchórz by się poddał przy pierwszym potknięciu. Tylko odważni mają siłę, by przetrwać najgorsze, by przetrwać pierwsze dni na emigracji. A to, że są do tego troszkę szaleni, tego nie zaprzeczę ;)
Jednym z wiodących uczuć, które pojawiają się w Twoim umyśle, w pierwszych dniach emigracji jest samotność. Tak właśnie, samotność. I nieważne czy zamieszkałeś z przyjacielem, kuzynką czy tak, jak w moim przypadku z przyszłym mężem. Zawsze towarzyszy Ci na początku. Samotność, która nie utożsamiam z brakiem towarzystwa a raczej samotność, w ramach której odczuwasz pewną pustkę. Taką pustkę, w której zdajesz sobie sprawę, że już nie ma wokół Ciebie rodziny, ukochanej ciotki, które zawsze się zwierzasz, nie ma wokół Ciebie grona przyjaciół ze szkolnej ławki, przyjaciółek, z którymi możesz się spotkać o każdej porze dnia i nocy. Starasz się dzwonić jak najczęściej, ale w końcu zdajesz sobie sprawę, że to nie jest to samo co spotkanie w cztery oczy. Brakuje Ci kogoś, z kim pójdziesz na zakupy czy po prostu poszwendasz się po parku. Mój mąż bardzo się starał umilić mi pierwsze tygodnie na emigracji. Pokazywał mi okolicę, zabierał na wycieczki. Jednak pracował przez większość dnia a ja starając się bezskutecznie szukać pracy spędzałam całe dnie samotnie w brzydkim pokoju, czekając tylko aż w końcu będzie miał cały dzień wolny. Nie mógł mi również niestety zastąpić towarzystwa przyjaciół czy rodzeństwa. Szukałam kontaktu ze znajomymi z wcześniejszych wakacji, jednak każdy był zapracowany, a ja bez samochodu również miałam utrudnione pole manewru. Całe dnie więc spędzałam na poszukiwaniu pracy, ucząc się języka angielskiego i tęskniąc do Polski.
Tęsknota do Polski w pierwszych dniach na emigracji wprost zjada naszą duszę. Tęsknimy do wszystkiego, co jest nam znana, do wszystkiego, czego kochamy. Do zapachu polskich pomidorów, do widoku znanych polnych dróżek, do widoku jarzębiny. Widok jarzębiny często pojawia się, kiedy z sentymentem myślę o Polsce. Nigdy nie widziałam drzew jarzębiny w Anglii. Tak bardzo brakowało mi ich zapachu. Z jarzębiną wiąże się wiele wspomnień z mojego dzieciństwo. Stanowią jego nieodzowną część. Każdy z nas posiada taką perełkę i nieważne czy to jest zapach świeżego chleba, widok potoczku płynącego tuż za oknem czy dźwięk ptaków o poranku. Rzeczy te nigdy nie doceniamy, dopóki ich nie utracimy. I właśnie to za nimi bardzo tęsknimy. Tęsknimy za naszą zwykłą polską codziennością. Tęsknota ta nigdy nie odchodzi z serca emigranta. Nieważne czy jesteśmy na obcej ziemi rok, pięć czy dwadzieścia lat. Możemy mieć ustabilizowane życie, szczęśliwą rodzinę i kochający dom. Zawsze w naszym sercu pozostanie tęsknota do rodzinnych stron...


Z perspektywy czasu często zastanawiam się, dlaczego nie wróciłam do Polski. Nie czułam się w żadnym stopniu szczęśliwa w UK, a jednak pozostałam. Myślę, że to związane jest z moją wolą walki. Nie należę do osób, które łatwo się poddają. Wbrew pozorom wierzyłam w siebie, miałam nadzieję, że niedługo wszystkie smutki odejdą w niepamięć i po części miałam racje. Mój mąż w tym czasie był dla mnie wielkim wsparciem. Myślę, że gdyby on zdecydował wrócić do kraju, w okamgnieniu spakowalibyśmy walizki. Nie chciałam wyjeżdżać sama i dłużej żyć na odległość. W Polsce nie miałam nic poza mało wartym wykształceniem. Żadnych oszczędności czy widoku na karierę. Niejednokrotnie w chwilach smutku żałowałam, że podjęłam decyzję o wyjeździe. Teraz tego nie żałuje i ciesze się że przetrwałam pierwsze dni na emigracji i ze się nie poddałam. To była dobra decyzja!

(...) zmęczony zacofaniem kraju i jego niekończącymi się problemami, porzucił ojczyznę, by tęsknić i marzyć o niej gdzieś w dalekiej Europie.

Orhan Pamuk – Śnieg

Komentarze

Popularne posty